Jako piłkarz był legendą chorzowskiego Ruchu, jako trener natomiast zapisał się złotymi zgłoskami na kartach historii GKS-u Tychy. Był współautorem jednego z największych sukcesów naszego klubu, czyli awansu do drugiej ligi w 1992 roku, wywalczonego w dramatycznych okolicznościach. Do dziś pozostaje także rekordzistą w liczbie spotkań na ławce trenerskiej „Trójkolorowych”. Poprowadził górniczą drużynę w 133. ligowych meczach. Zapraszamy na rozmowę Łukasza Sobali z Albinem Wirą.
Łukasz Sobala: We wrześniu 1990 roku został Pan po raz pierwszy trenerem GKS-u Tychy. Pamięta Pan, jak to się stało?
Albin Wira: Doskonale pamiętam. Prezesem był ówczesny dyrektor kopalni, pan Andrzej Naczyński. Jako ciekawostkę mogę dodać, że jest to teść Waldemara Fornalika, byłego selekcjonera polskiej reprezentacji. Spotkaliśmy się wtedy chyba na Ruchu. GKS Tychy dołował w ligowej tabeli, no i zaproponowano mi pracę tutaj. Władysław Wtorek i Ryszard Miernik przekonywali, że to będzie trafiona decyzja. Jak się później okazało, mieli rację. Duży wpływ miał na to fakt, że mieszkałem w Tychach i znałem panujące realia.
Jeszcze rok wcześniej był Pan czynnym zawodnikiem i zdobył mistrzostwo w barwach Ruchu Chorzów. Nie było obaw przed podjęciem tej pierwszej pracy na ławce trenerskiej?
Nie, żadnych. Dziwię się, że dziś mamy do czynienia z taką tendencją. Zawodnik kończy karierę w wieku 35 lat, doświadczył w futbolu sporo, pracował z wieloma szkoleniowcami, a padają pytania, czy poznał na tyle futbol i ma wystarczającą wyobraźnię, by zostać trenerem. Nie potrafię tego zrozumieć.
Władysław Wtorek wspomniał mi, że był Pan mocno oddany klubowi. W Tychach nie było przecież łatwo. Brakowało pieniędzy, często nie było nawet ciepłej wody.
Nic nie było. Mieliśmy do dyspozycji tylko boisko i stary stadion, chłopcy musieli nawet sami sobie kosić boisko. Ale bardzo fajnie się tutaj czułem. W pierwszym roku nie do końca udało się nam wszystkiego zrealizować. Po cichu marzyłem, że z automatu wykręcimy fajny wynik, tym bardziej że przeprowadzona została reforma rozgrywek i więcej drużyn awansowało. Patrząc jednak z perspektywy czasu, może to było dla klubu lepsze. Nastąpiła rewolucja kadrowa i wiele się zmieniło.
Trudne warunki hartowały drużynę?
Na pewno wygodniej pracowałoby nam się w lepszych warunkach, to nie ulega wątpliwości. Mieliśmy jednak w kadrze głównie młodych chłopaków, oni bardzo chcieli grać w piłkę. Tak bardzo chcieli się czegoś nauczyć, że nie trzeba ich było specjalnie namawiać do zaangażowania. Szczególnie, że po kilku miesiącach nastąpiła ta rewolucja, o której mówiłem, i zaczęliśmy osiągać fajne wyniki. To motywowało. Zawodnicy chcieli się wybić, zrobić krok do przodu oraz budować swoje kariery. I kilku z nich rzeczywiście odeszło do lepszych klubów.
Pod Pana okiem urosły talenty wielu piłkarzy, takich jak Szczepanek, Gilewicz, Zadylak, Bizacki czy Widuch. Nie bał się Pan stawiać na tylu młodych zawodników?
Jako trener nigdy nie kierowałem się datą urodzenia piłkarza. Nie interesował mnie PESEL. Interesowało mnie to, co dany zawodnik sobą reprezentuje – oczywiście jeśli chodzi o te walory sportowe. To nie było tak, że zdecydowaliśmy się na tę rewolucje tylko po to, żeby stawiać na młodych. W piłce liczy się tu i teraz, a ci chłopcy mieli naprawdę spore umiejętności. Byli lepsi od niektórych doświadczonych graczy.
Radosław Gilewicz został wówczas kapitanem drużyny. Starsi zawodnicy, jak Hojeński czy Rus, nie mieli nic przeciwko?
Nie. Przytoczony Henryk Hojeński nigdy nie miał takich ambicji, on po prostu cieszył się grą. Mimo że był najstarszy w zespole, nie przejawiał parcia na tę opaskę. W przypadku Gilewicza nie chodziło tylko o osobowość, a fakt, że z wieloma z tych zawodników grał w juniorach. Bardzo dobrze się znali i sądziłem, że ten kontakt będzie ułatwiony. Mirek Rus czuł się na tyle młodo, że także nie widział żadnych przeciwwskazań. Nie było z jego strony żadnych znaków zapytania, dlaczego to nie on był kapitanem.
20-letni Gilewicz przekonywał też chyba na boisku.
Szybko udowodnił, że ta opaska mu się należała. Grał w wielu poważnych europejskich klubach, nazbierał trochę tych tytułów. Potwierdził więc tylko to, co ja widziałem już wcześniej.
Pana asystentem przez lata był Ryszard Miernik. Tworzyliście duet idealny?
Według mnie na tamte czasy zdecydowanie tak. Chciałem, żeby – poza rolą asystenta – ktoś zajął się pracą z bramkarzami. Rysiek się na tym znał doskonale, miał doświadczenie ligowe. Ogarnialiśmy to wszystko właściwie sami. Obecnie w klubach czasami jest więcej trenerów niż samych zawodników, a kiedyś tak nie było.
Miernik był też Pana asystentem w czwartej lidze.
Tak. W Tychach praktycznie przez cały czas jechaliśmy na jednym wózku. On w pewnym momencie przeniósł się do Lędzin i tak te drogi się rozeszły. Ale o ile dobrze pamiętam, było to już podczas tej trzeciej przygody w GKS-ie.
No tak, łącznie w GKS-ie pracował Pan trzykrotnie. Był jednak także ten epizod w Sokole Tychy. To były specyficzne czasy.
Bardzo specyficzne. Później pojawiały się takie historie, że prezesi Sokoła trzykrotnie zwalniali mnie w trakcie jednego treningu, a to była prawda. Próbowali mi różne rzeczy narzucać, między innymi to, jakich piłkarzy mam wystawiać. Miałem odpowiadać za błędy, a sukces byłby oczywiście przypisywany im. Po dwóch meczach byliśmy liderem ekstraklasy, a po czterech mnie już zwolnili. I to jeszcze przed spotkaniem z Ruchem Chorzów.
Wrócę do tych młodych piłkarzy, których Pan wprowadzał. Tomasz Szczepanek był Pana ulubieńcem, ale później wielkiej kariery nie zrobił.
Zagrał kilka meczów w ekstraklasie w barwach Sokoła, ale on nigdy nie miał parcia na wielką karierę. Był mocno przywiązany do środowiska, taki tyszanin z krwi i kości. Myślę, że zgodziłby się grać w Tychach, nawet gdyby obcięto mu pensję o połowę. To był jednak wyjątkowo porządny zawodnik i człowiek, tych spotkań w najwyższej klasie rozgrywkowej powinien mieć zdecydowanie więcej.
W 1993 roku został Pan wybrany przez kibiców najlepszym szkoleniowcem w regionie? Pamięta Pan to?
Powiem szczerze, że nie. Ostatnio dowiedziałem się też, że jestem trenerem, który poprowadził GKS Tychy w największej liczbie spotkań.
Można śmiało stwierdzić, że jest Pan legendą klubu.
Jeślibyśmy awansowali wówczas do ekstraklasy i wywalczyli mistrzostwo Polski, to rzeczywiście można by tak było powiedzieć. Ale to miłe, że ludzie pamiętają. Gdyby nie pewne utrudnienia, to może dobiłbym do 200 meczów na ławce trenerskiej GKS-u.
A które spotkanie najbardziej utkwiło Panu w pamięci?
Przede wszystkim te ostatnie w sezonie, w którym wywalczyliśmy awans. Wysoko wygraliśmy wówczas z Odrą Opole, a Ruch Radzionków nieoczekiwanie przegrał.
Jak Pan wspomina tamten sezon?
To było połączenie jakościowej gry z dobrymi wynikami. Ci zawodnicy naprawdę mieli duże umiejętności i oglądało się ich z przyjemnością. Zaraz po awansie odszedł od nas Radek Gilewicz. Zajęliśmy chyba siódme miejsce w lidze. Szkoda tej drużyny, bo z tymi ludźmi do dziś mam bardzo dobry kontakt. Wszyscy jesteśmy zgodni – to był zespół na ekstraklasę.
Wracając do tego awansu, wierzyliście przed ostatnim meczem? Bo Radzionków nie miał prawa przegrać swojego spotkania.
Teoretycznie nie miał, ale w praktyce wyszło inaczej. Mieliśmy nadzieję, że Rymer Niedobczyce zagra na swoim optymalnym poziomie. Tak też się stało. Byliśmy im bardzo wdzięczni. Później zaprosiliśmy ich do siebie, rozegraliśmy sparing i postawiliśmy im obiad. Dziś brzmi to może trochę dziwnie, ale takie były czasy. Jeszcze pamiętam jeden taki fajny szczegół. Miałem wtedy Mercedesa i po ostatnim meczu w lidze jakiś kibic zawiązał mi na znaczku szalik GKS-u, tak pojechałem w miasto.
Na koniec, czym jest dla Pana obecność w Klubie Zasłużonych?
To duże wyróżnienie, bardzo je sobie cenię. Tym bardziej, że w Tychach mieszkam już prawie 40 lat. Duma mnie rozpiera, że zostałem tak zapamiętany.















