OFICJALNA STRONA KLUBU PIŁKARSKIEGO GKS TYCHY
BETCLIC 1 LIGA

Denis Popović: Tychy były ważnym przystankiem mojej piłkarskiej podróży

2021-04-30
Piotr Piwoński
Łukasz Sobala / pressimages.pl

Pamiętacie Denisa Popovicia? Słoweniec reprezentował barwy GKS w sezonie 2013/2014 i swoimi występami podbił I Ligę. Od tamtego czasu minęło siedem lat, a kariera Denisa zawędrowała aż do ligi chińskiej. Reprezentant Słowenii zdradził nam kulisy feralnego transferu do Grudziądza, opowiedział jak żyje się w Chinach w czasach pandemii oraz wyjaśnił dlaczego Jan Oblak to fajny gość.

Denis Popović spędził w GKS zaledwie trzy i pół miesiąca. Ten krótki okres wystarczył jednak Słoweńcowi na zaznaczenie swojej obecności i wypromowanie się. Droga Denisa Popovicia rozpoczyna się w Słowenii i prowadzi przez ligę grecką, polską, rosyjską oraz szwajcarską, by wreszcie dotrzeć do Chin. Tychy, jak sam przyznaje, były ważnym przystankiem w jego piłkarskiej podróży.

Dzień dobry Denis! Powiedz, kiedy ostatnio rozmawiałeś z kimś z Tychów? (śmiech)

Dawno temu. Myślę, że mogło minąć nawet i pięć lat.

Czyli nie masz tu nikogo z kim utrzymywałbyś kontakt?

Jestem w kontakcie jedynie z Ivicą Žuniciem. Kiedy przychodziłem do Tychów, to właśnie z nim i z Pawłem Smółką miałem najlepsze relacje. Później, kiedy byłem już w Wiśle, poszliśmy nawet z Pawłem dwa albo trzy razy na wspólny obiad.

A jak czujesz się w Chinach? Próbowałeś już pieczonej kaczki?

Skosztowałem trochę chińskiej kuchni, ale zdecydowanie bardziej smakuje mi europejskie jedzenie.

Czyli stawiasz na polskiego kotleta schabowego?

Na żurek, jest najlepszy. (śmiech)

A pamiętasz w ogóle coś jeszcze z Tychów?

Coś ty, wszystko pamiętam! To było ile? Pięć, czy tam sześć lat temu. Pamiętam, że klub budował stadion i graliśmy w innym mieście, oddalonym trzydzieści kilometrów od Tychów. Jednym słowem w Tychach wszystko było okej. Nie mogę powiedzieć, że było źle. Mieszkałem niedaleko tego jeziora, jak ono się nazywało? Paprocany, no tak.

Uważasz, że transfer do GKS Tychy był dla ciebie na swój sposób przełomowy? W końcu to właśnie tutaj dałeś się poznać najpierw Polsce, a potem już Europie.

Z miejsca w którym się znajduję, mogę powiedzieć, że Tychy były ważnym przystankiem na mojej drodze. Przed przyjazdem do Polski grałem w lidze greckiej. Zadzwonił do mnie agent i powiedział, że pojawiło się zainteresowanie moim transferem do polskiej ekstraklasy. Ten pomysł nie przypadł mi w pierwszej chwili do gustu, ale później powiedziałem sobie: „Dobra, chcę spróbować. Wierzę w swoje umiejętności, co będzie, to będzie.” Na całe szczęście wyszło super.

Myślisz, że okres przed transferem do GKS był najcięższym w twojej karierze? Mówiono, że myślałeś nawet o skończeniu z piłką?

To był ciężki czas, ale nie wiem, czy najcięższy. Sytuacja wyglądała tak, że w Grecji miałem podpisany dwuletni kontrakt, ale już po pół roku zorientowałem się, że nie będę grał. Miałem dwie drogi – zostać w Grecji i pobierać pieniądze za siedzenie na ławce albo zerwać kontrakt i poszukać czegoś nowego.

Rozwiązaliśmy umowę i miałem trafić do Wisły Kraków. Pojechałem na testy, wszystko było już dogadane. W tym samym momencie kontrakt skończył się Semirowi Stiliciowi i Wisła zrezygnowała ze mnie, bo podpisała jego.

Później udałem się na testy do Górnika Zabrze, gdzie zagrałem jeden sparing. Strzeliłem nawet dwie bramki. W Górniku zmienił się jednak trener i zostałem bez klubu. Podczas tego jednego spotkania zauważył mnie trener Żurek i powiedział, że chce mnie w swoim zespole. Wspominał, że ma ofertę z I ligi, z GKS Tychy.

Jaka była twoja pierwsza myśl kiedy usłyszałeś o GKS?

Nigdy wcześniej nie słyszałem o takiej drużynie jak GKS Tychy, ale chciałem spróbować. Nie miałem nic to stracenia i chciałem po prostu grać w piłkę.

I jak wspominasz swój czas w klubie? To był krótki, ale bardzo owocny okres?

Podobało mi się, że GKS buduje nowy stadion, i że klub ma dużo kibiców. Z drugiej strony, tam gdzie trenowaliśmy, szatnia była bardzo mała. Standardy nie były najwyższe. Pomyślałem wtedy, że chcę tu pograć, ale zobaczymy co się wydarzy. Liczyłem na to, że wszystko pójdzie dobrze, że wkrótce zagramy na nowym stadionie. Do Tychów przyjechałem za bardzo małe pieniądze.

Spędziłem tam trochę ponad trzy miesiące. To był dla mnie bardzo dobry okres, strzeliłem parę bramek i, co najważniejsze, drużyna utrzymała się w I Lidze.

Dla GKS strzeliłeś dokładnie siedem goli. Kilka z nich można uznać za wyjątkowe. Przypominasz sobie, o które może mi chodzić?

Pewnie masz na myśli tego gola z połowy, którego strzeliłem Puszczy Niepołomice. Była też bramka bezpośrednio z rzutu rożnego w derbach z Katowicami.

Stałe fragmenty gry to twoja specjalność?

Myślę, że strzeliłem w swojej karierze około dwudziestu goli z rzutów wolnych. Dwa dla Wisły, siedem albo osiem dla Orenburga, strzelałem też trochę w Tychach i Olimpii Grudziądz.

Jak właśnie wyglądał twój transfer do Grudziądza? Dlaczego twoja przygoda w Tychach skończyła się tak szybko?

Miałem w Tychach kontrakt podpisany na półtora roku. W nim wpisana była kwota odstępnego. Zakończył się sezon i zadzwonił do mnie agent, który powiedział mi wtedy, że jest wariant, żebym odszedł do ekstraklasowego Zawiszy Bydgoszcz. Tamtejszy trener chciał zobaczyć mnie w treningu i dopiero później wykupić. Ja się na to nie zgodziłem, bo nie chciałem iść na testy.

Priorytetem stało się więc dla mnie pozostanie w Tychach, ale z nowym kontraktem. Tak jak mówiłem, przyjechałem grać do Tychów za bardzo małe pieniądze. Dogadaliśmy się wtedy na nowych warunkach i obiecano mi lepszą umowę. Wszyscy w klubie bardzo chcieli, żebym został, włącznie z nowym trenerem.

Mijał jednak czas, najpierw pięć dni – cisza, później dziesięć dni i dalej cisza. Nikt nie dzwonił z obiecanym kontraktem. Powiedziałem wtedy władzom klubu, że jeśli oferta nie przyjdzie do tygodnia, to najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu zmiana zespołu.

Wtedy mnie uspokajali, ale cały czas zwlekali z umową. W międzyczasie odezwała się do mnie Olimpia. Zaproponowali, że zapłacą kwotę wykupu i dadzą mi dwuletni kontrakt. Później już wiemy jak wszystko się potoczyło. Miałem w Grudziądzu bardzo dobry rok i trafiłem do Wisły.

Ja w GKS naprawdę chciałem zostać. Miałem wrażenie, że klub bardzo zwlekał, a władzom nie zależało na podpisaniu nowej umowy. Czekałem i się nie doczekałem. Szkoda, bo uważam, że udowodniłem w te kilka miesięcy, że mogę grać dla GKS na fajnym poziomie. Mogliśmy jeszcze dużo razem zrobić.

Jak wtedy oceniłbyś I Ligę? Z perspektywy czasu możesz powiedzieć, że przerastałeś ten poziom?

Z perspektywy czasu mogę tak powiedzieć. Za czasów mojej gry w I Lidze poziom był całkiem dobry. W lidze grały drużyny takie jak Zagłębie Lubin, GKS Bełchatów, czy Arka Gdynia. Myślę, że to odpowiedni kierunek dla młodego zawodnika, który próbuje przebić się wyżej.

Z Olimpii trafiłeś do Wisły. Tam chyba bardzo zżyłeś się z klubem i z szatnią?

W Wiśle wszystko było wspaniałe. To bardzo duży klub, w świetnym mieście, ze wspaniałymi kibicami. Przyjechałem do klubu i spotkałem w szatni Głowackiego, Brożka, Ondraska, Jovicia. Świetna szatnia i wspaniała drużyna. Wisła na zawsze zostanie gdzieś w moim sercu.

Następnie transfer do Orenburga. Tam zdobywałeś nagrody indywidualne i byłeś kluczową postacią zespołu. Spodziewałeś się, że będziesz w stanie pokazać się w Rosji z tak dobrej strony?

W Orenburgu spędziłem dwa i pół roku. Strzelałem dużo bramek, asystowałem, wybierano mnie na najlepszego zawodnika drużyny oraz do jedenastki sezonu drugiej ligi. Awansowaliśmy do rosyjskiej ekstraklasy i to właśnie za czasów mojej gry w Orenburgu zaczęto rozważać moją osobę pod względem występów w reprezentacji Słowenii. To był kolejny bardzo dobry dla mnie okres.

Później zrobiło się trochę szalenie, bo szybko zmieniałeś kluby. Grałeś w Zurychu i Samarze, aż finalnie znalazłeś się w chińskim Qingdao FC. Jak wyglądał ten transfer?

Odchodząc z Samary dostawałem kolejne propozycje z ligi rosyjskiej, ale odpowiem szczerze. Odezwał się do mnie agent i przesłał kontrakt, jaki proponowali mi w Chinach. Tak atrakcyjnej oferty nie dało się odrzucić. Podpisałem umowę na półtora roku, za bardzo dobre pieniądze.

Kontrakty w Chinach to aż tak duża przepaść, że nawet w porównaniu z płacami w Rosji robią wrażenie?

W Rosji zarabiałem naprawdę dobrze. Mój obecny klub, Qingdao FC, był jednak w stanie zapłacić mi nawet trzy razy większe pieniądze od tych, które otrzymywałem w poprzednim zespole. Dla zawodnika, który ma trzydzieści lat, była to świetna oferta.

Ktoś odradzał ci transferu do ligi chińskiej?

Początkowo chciałem zostać w Europie, żeby nie zaprzepaścić sobie szansy na grę w kadrze. Przed transferem rozmawiałem więc z selekcjonerem kadry i trener powiedział mi: „Denis, idź do Chin. Tam będziesz grał i nie martw się, dalej będziesz dostawał powołania.”

Nie zastanawiałem się dłużej i poleciałem do Azji. Problem w tym, że przez pandemię granice są zamknięte. Tak czy inaczej nie mogę więc latać do Europy i grać w reprezentacji.

A masz może jakieś kontakty z Łukaszem Gikiewiczem? Zaczynasz iść w jego ślady, jeżeli chodzi o egzotyczne kierunki?

Chciałbym wrócić do Europy, jak tylko skończy mi się kontrakt w grudniu. Jestem bardzo dobrze przygotowany i myślę, że mogę pograć jeszcze dwa albo trzy lata na dobrym, europejskim poziomie. Mam trzydzieści jeden lat i myślę, że to najlepszy czas dla piłkarza.

To co jest największym minusem życia w Chinach?

Największym minusem są po prostu zamknięte granice, bo życie tutaj wygląda świetnie. Wszystko jest otwarte i żyje się świetnie. Chiny są znakomite, ale przyjeżdżać tutaj mogą tylko ludzie z wizą pracowniczą. Tak jak mówiłem, wyklucza to moją grę w kadrze. Poza tym rodzina, czy przyjaciele nie mogą tu przylecieć.

A jak właśnie wygląda w Chinach sytuacja z koronawirusem? W Polsce nie mówi się już za dużo o pandemii w tym kraju.

Sytuacja jest bardzo dobrze opanowana. Można przemieszczać się z miasta do miasta, restauracje są otwarte. Życie wygląda tak, jak w Europie wyglądało dwa lata temu.

A jak spędzasz swój czas wolny?

Najczęściej spotykam się z innymi zawodnikami. W lidze chińskiej gra obecnie sześciu piłkarzy z Bałkanów. Spotykamy się w Szanghaju, kiedy tylko mamy wolny tydzień. W najbliższym czasie będę leciał do Sanya – to taki chiński Dubaj. Moje miasto też jest świetne – mamy plażę i morze. Jest wspaniale.

Jest w ogóle coś, czego brakuje ci w Chinach?

Tylko rodziny. Poza tym wszystko mi się podoba. Nawet poziom piłkarski jest świetny. Gra tutaj dużo gwiazd światowej piłki – Oscar, Fellaini, Hulk, Arnautović. Jedynym utrudnieniem jest to, że w podstawowej jedenastce może grać tylko czterech obcokrajowców.

W klubie trenujesz na co dzień z Romainem Alessandrinim, ale to nazwisko chyba nie robi na tobie wrażenia, bo znasz większe. Janek Oblak to fajny gość?

Mega gość! Jest najlepszym bramkarzem na świecie, ale też bardzo spokojną osobą. Można z nim porozmawiać o wszystkim. Mimo że gra na światowym poziomie, to jest na tyle normalnym facetem, że wydaje się być zwykłym piłkarzem z ligi słoweńskiej. On nie zachowuje się jak gwiazda, jest wspaniałym człowiekiem. Piłkarskie umiejętności ma na bardzo wysokim poziomie. Nawet na treningu ciężko jest go pokonać.

Mówi ci coś może osoba Adriana Mierzejewskiego?

Aj, Adrian! Byliśmy przez miesiąc w tym samym hotelu i jest to człowiek, z którym mogłem porozmawiać po polsku w Chinach. (śmiech) Bardzo dobrze grał w zeszłym roku. To nie tylko świetny piłkarz, ale też sympatyczny człowiek.

W jednym z wywiadów mówił, że w Chinach nie ma opcji na dogadanie się po angielsku, a na ulicy porozumiewać się trzeba z pomocą Google Translator. Naprawdę tak ciężko jest z językiem angielskim w Chinach?

W naszym klubie każdy europejski zawodnik ma swojego tłumacza. Jeżeli chodzi o poziom języka angielskiego w Chinach, to zależy on od miasta. Wiadomo, że na przykład w Szanghaju dużo osób zna angielski. Nie wiem jak to wyglądało w poprzednim klubie Adriana, ale jeżeli tak mówi, to najprawdopodobniej tak to wyglądało.

Chciałbym teraz zapytać o kadrę. Pamiętasz swoją reakcję na powołanie?

Wcześniej już dwa razy udawało mi się załapać do szerokiej kadry. Kiedy przyszedł dzień wyboru, byłem przekonany, że znowu zostanę pominięty. Dostałem jednak powołanie, a cała moja rodzina cieszyła się razem ze mną. Mama, tata, siostra – wszyscy wzruszeni, gratulowali mi i byli niesamowicie dumni.

W piłkarskim CV brakuje ci chyba najbardziej występu w Lidze Mistrzów?

No tak, ogólnie brakuje mi meczów w europejskich pucharach. Do kadry załapałem się dopiero w wieku dwudziestu dziewięciu lat. Wszystko jest więc jeszcze możliwe, chociaż wydaje mi się, że będzie o to bardzo ciężko. Nie skupiam się teraz na Lidze Mistrzów. Chcę dobrze grać i mam nadzieję, że dopisze mi zdrowie. Robię wszystko, żeby po zakończeniu kariery móc powiedzieć, że dałem z siebie maksa.

Uważasz, że poziom, na którym się znajdujesz to twoje maksimum? Był taki moment, w którym dało się wycisnąć z twojej kariery więcej?

Był taki moment, kiedy miałem około dwudziestu lat. Jako młody chłopak dostawałem oferty z Serie A, czy Bundesligi. Słoweński klub, w którym grałem chciał jednak za mnie duże pieniądze i nie pozwalał mi odejść. Ja to rozumiem, bo w Słowenii każdy milion dawał drużynie dużo, szczególnie kilka lat temu.

Problem w tym, że kiedy do klubu wpływała wyższa oferta, prezes w nieskończoność podbijał cenę. Ostatecznie odszedłem za darmo, po czteromiesięcznej kontuzji. Skończył mi się kontrakt i klub chciał go oczywiście przedłużyć. Wtedy to ja powiedziałem, że czas zmienić drużynę i odejść za granicę, ale było już trochę późno.

Denis Popović z Tychów, a Denis Popović z teraz to dwie inne osoby, czy ta zmiana nie jest na tyle duża?

Piłkarsko lepszy jest obecny Denis Popović, bo mam większe doświadczenie i nie biegam tam gdzie nie muszę. Wiem jak się ustawiać zamiast niepotrzebnie biegać we wszystkie strony. Mam większą mądrość piłkarską, ale myślę, że umiejętności czysto techniczne są podobne.

Gdybyś mógł cofnąć się do czasu sprzed transferu do GKS, to co doradziłbyś samemu sobie? Powtórzyłbyś decyzję o przenosinach do Polski?

Nie chciałbym nic zmieniać. Teraz zrobiłbym to samo, co zrobiłem w przeszłości. Dajmy na to, że z Grecji poleciałbym nawet do Włoch, a tam zmieniłby się trener, który nie widziałby mnie w składzie. Na co byłyby mi te Włochy? A tak, byłem w Tychach – grałem wszystko, Grudziądz – też wszystko, w Wiśle to samo. Dlatego nic bym nie zmienił.

Wracasz jeszcze do Polski? Kiedy ostatnio tu byłeś?

Trzy lata temu odwiedziłem Kraków i Warszawę. Udało mi się nawet wpaść na mecz Wisły. Lubię Polskę i jestem pewny, że do końca życia będę ten kraj pamiętał. Swego czasu chciałem nawet kupić mieszkanie w Krakowie. Kto wie, może skończę karierę w Polsce? Po powrocie z Chin nie będą mnie już obchodzić pieniądze. Teraz zależy mi na normalnym klubie, spokojnym miejscu, w którym będę dobrze żył.

Polscy kibice pewnie chętnie by cię tutaj zobaczyli.

Patrzyłem nawet na tabelę I Ligi i Tychy są w czołówce. Może jak GKS awansuje do ekstraklasy, to Popović wróci do Tychów. (śmiech)

Udostępnij materiał: