Kamil Kargulewicz to zawodnik, który w zimowym okienku transferowym trafił do Tychów z III-ligowej Siarki Tarnobrzeg. Nasz nowy nabytek odpowiedział na pytania związane z boiskową rzeczywistością. Opowiedział też w jakim stopniu zdążył poznać już miasto oraz zdradził swoje sposoby na spędzanie czasu wolnego w okresie pandemii.

Mecz ze Stomilem to już przeszłość, czy analizujecie go jeszcze w szatni? Jak to spotkanie wyglądało z twojej perspektywy?
Temat meczu ze Stomilem zamknęliśmy w środę, mieliśmy ostatnią analizę. Emocje już opadły, a najważniejsze, że udało się zdobyć trzy punkty. Szkoda tylko, że mi nie udało się dokończyć tego meczu.
Twoja zmiana po czterdziestu pięciu minutach była spowodowana jakimś drobnym urazem, czy była to decyzja typowo taktyczna?
Było to spowodowane moim urazem, którego doznałem w okolicach dwudziestej minuty. Teraz jest już wszystko w porządku, trenuję z drużyną. Podczas spotkania poczułem uderzenie w głowę, a urazów tej części ciała nigdy nie można bagatelizować. Woleliśmy nie ryzykować, całe szczęście, okazało się, że to nic poważnego.

W niedzielę podejmiecie u siebie Zagłębie Sosnowiec – czerwoną latarnię ligi. Ostatnie spotkanie naszych rywali z Termalicą pokazało jednak, że jest to drużyna, której nie wolno zlekceważyć.
Dokładnie. Zagłębie zamyka tabelę, ale sposób w jaki zagrali z liderem pokazał, że będzie to bardzo groźny rywal. Do ostatniej sekundy spotkania prowadzili i chyba można powiedzieć, że mieli sporego pecha. Strata bramki w takiej sytuacji, w dziewięćdziesiątej minucie meczu zawsze boli.
Mecz z Zagłębiem będzie dla Ciebie pierwszą okazją do zagrania na naszym stadionie?
Tak jest, szczerze mówiąc, na głównej płycie miałem do tej pory szansę być tylko podczas sesji zdjęciowych (śmiech). Nawet w barwach innych drużyn nie miałem jeszcze przyjemności zagrać na tym stadionie. Cieszę się, że dzień przed meczem będziemy mieć trening na płycie głównej. Będę mógł się trochę przyzwyczaić i zobaczyć jak to wszystko wygląda. Myślę, że niedzielne spotkanie można nazwać moim małym debiutem. Co prawda bez publiczności, ale wreszcie na własnym stadionie.

Uważasz się za zawodnika odpornego na presję?
Dużo pracowałem nad tym elementem, więc na presję jestem odporny. Uważam, że głowa jest moją mocną stroną i że nie podpalam się w trudnych sytuacjach. Pewność siebie łapie się z czasem.
A co powiesz o stresie związanym ze zmianą klubu? Przeprowadzka dopięta już na ostatni guzik?
Wszystko jest już świetnie zorganizowane, łącznie z mieszkaniem. Cieszę się, że sprawy pozaboiskowe przebiegły sprawnie i mogę w stu procentach skupić się na piłce. Co do zmiany klubu, to zawsze towarzyszy temu pewien rodzaj stresu. Nowi ludzie, nowe otoczenie, do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić i zacząć tak jakby od nowa. Miałem jednak okazję pojechać z drużyną na obóz i myślę, że szybko się zżyliśmy, a chłopaki super mnie przyjęli.

Zamieszkałeś w Tychach, czy może jednak padło na Katowice?
Mieszkam w Tychach.
Zdążyłeś już poznać miasto, czy w czasach pandemii funkcjonujesz raczej w trybie dom - trening - dom?
Na razie wygląda to tak jak powiedziałeś, czyli dom-trening-dom, ale mam obok swojego mieszkania mały lasek, który prowadzi na Paprocany. W sytuacji, gdzie większość lokali jest zamknięta, takie miejsce w okolicy to naprawdę fajna sprawa! Nie muszę ruszać się daleko od domu, żeby odpocząć w dostateczny sposób. Okazji do dokładniejszego poznania miasta jeszcze nie miałem.
Twoje ulubione sposoby na spędzenie wolnego czasu, gdy pogoda nie dopisywała, a większość miejsc była zamknięta to…?
Czas wolny spędzałem głównie z dziewczyną, oglądając filmy i wychodząc na spacery do wcześniej wspomnianego lasu. Poza tym staram się jak najwięcej czasu spędzać tutaj - w klubie. Nie mam na miejscu rodziny, mogę więc dużo czasu wolnego poświęcić na pracę dodatkową.

Jesteś typem pracusia?
Zdecydowanie. Uważam, że na każdy najmniejszy krok w mojej piłkarskiej przygodzie musiałem sobie solidnie zapracować. Skupiam się jak najwięcej na rozwoju indywidualnym i jak dotąd, muszę przyznać, że jestem ze swoich postępów zadowolony.
Jest jakiś zawodnik lub klub, którego postępy od dziecka śledzisz?
Od małego kibicuję Manchesterowi United. Myślę, że za początek mojej przygody z ,,Czerwonymi Diabłami” można uznać finał Ligi Mistrzów w 2008 roku. Do rzutów karnych, co prawda, nie wytrzymałem, bo usnąłem (śmiech), ale od tamtego momentu Manchester jest bliski mojemu sercu.
Masz jakieś rytuały, które powtarzasz przed meczem?
Zawszę wchodzę na boisko, stawiając prawą nogę pierwszą. Ten zwyczaj praktykuję już trzeci rok, odkąd zacząłem regularnie występować w drużynach seniorskich. Do tej pory działa i nie zamierzam nic w tym aspekcie zmieniać.
Jak w twoim przypadku wygląda sytuacja z grami? Zdarzy ci się czasem zagrać w Fifę?
Jeśli chodzi o gry, to wolę Call of Duty. Obiło mi się o uszy, że kilku chłopaków z naszej szatni też gra, więc może za jakiś czas uda się zgadać i pograć trochę. Fifa za bardzo mnie denerwuje.

Zakończmy trochę poważniej. W lutym, gdy rozmawiałeś z klubową telewizją, za cel postawiłeś sobie debiut. Jesteśmy po dwóch kolejkach rudny wiosennej, a ty zdążyłeś zagrać w obu spotkaniach i zdobyłeś bramkę. Jeżeli miałbyś iść dalej tym tropem i wyznaczyć sobie kolejny cel, co by to było?
No tak, te podstawowe cele udało mi się już zrealizować, z czego bardzo się cieszę. Mam oczywiście kolejne, bo nie ukrywam, że przed każdą rundą sporządzam sobie listę rzeczy, które zamierzam osiągnąć. Pozwól jednak, że te pozostawię już dla siebie. Jak uda mi się zrealizować któryś, to na pewno dam ci znać! (śmiech)
Gdzie Kamil Kargulewicz chciałby widzieć się za rok, a gdzie za pięć lat?
Za rok chętnie zobaczyłbym się z GKS Tychy w Ekstraklasie. Gra na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Polsce jest marzeniem chyba każdego chłopaka, zaczynającego w naszym kraju. Za pięć lat? Nie mam pojęcia. Przez ten czas może się tyle wydarzyć… Pozwól, że to pytanie pozostawię bez odpowiedzi.















