Urodził się w Tychach i to właśnie tutaj spędził dużą część swojej piłkarskiej kariery. W barwach GKS-u rozegrał ponad trzysta ligowych spotkań, z naszym klubem świętował aż trzy awanse. W piątek – wraz z Łukaszem Grzeszczykiem – dołączył do Klubu Zasłużonych. Zapraszamy do lektury wywiadu z Maciejem Mańką.
Dawid Dreszer: Rozmawiamy po włączeniu twojej osoby w poczet Klubu Zasłużonych. Domyślam się, że dla osoby, która urodziła się w Tychach, tutaj rozpoczynała i spędziła większość swojej kariery, to duże wydarzenie.
Maciej Mańka: Jak najbardziej, to dla mnie ogromny zaszczyt. Gdy kilkanaście lat temu rozpoczynałem przygodę z seniorską piłką, cieszyłem się każdym meczem. Dołączenie do grona osób, które znałem albo z telewizji, albo z opowiadań starszych trenerów, było wręcz poza sferą marzeń. Z niektórymi miałem okazję spotkać się już wcześniej, na przykład miałem to szczęście, że Henryk Hojeński był jednym z moich pierwszych trenerów. Teraz znalazłem się obok niego, wspaniałe wyróżnienie.
Twój wizerunek pojawił się w klubowym budynku już wcześniej. Mam na myśli ten mural w szatni, na którym umieszczony zostałeś pomiędzy Nemanją Nediciem a Łukaszem Kopczykiem.
To było dla mnie pierwsze miłe zaskoczenie. Świetna inicjatywa, afirmująca wartości, z którymi w pełni się zgadzam i utożsamiam. Okazało się, że był to jedynie zalążek. Patrząc na to, co dzieje się dziś, jestem wzruszony.
Brakuje ci atmosfery wielkich meczów? Na niższych poziomach rozgrywkowych ta otoczka jest jednak nieco inna.
Na pewno. Czasami brakuje mi takich przyziemnych spraw, jak częstych treningów. Przebywania w piłkarskiej szatni przez kilka, kilkanaście godzin, dalszych wyjazdów, całej tej otoczki. Dla takich meczów – jak ten z Wisłą Kraków – się trenowało i przyznam szczerze, że trochę chłopakom zazdroszczę.
A jak wygląda obecnie twój standardowy dzień?
Myślę, że nie różni się niczym od dnia – w cudzysłowie – zwykłego śmiertelnika. Łagodnie przeszedłem z życia w stu procentach sportowego do takiego typowego życia codziennego. Wykonuję pracę biurową. Udzielam się w ramach działań jednego z partnerów klubu. Pracuję z fajnymi ludźmi. Poza tym mamy dużo więcej czasu dla rodziny. No i trzymam się jeszcze tej piłki, bo żeby gonić po boisku za synem, trzeba jednak pozostawać w formie.
Czujesz się spełniony jako piłkarz?
Myślę, że tak. Zawsze powtarzam: wielu słabszych zawodników osiągnęło w piłce więcej niż ja, ale jednocześnie jeszcze więcej lepszych piłkarzy nie osiągnęło tego i nie zagrało na takim poziomie, jak ja grałem. Więc jestem zadowolony.
Najwięcej spotkań w jednej drużynie rozegrałeś z Łukaszem Grzeszczykiem, który także dołączył do Klubu Zasłużonych. Jak wspominasz ten wspólny okres gry w GKS-ie? Bo nie oszukujmy się, obaj jesteście mocnymi osobowościami.
Nieraz mówię, że to dobrze, że z racji pozycji na boisku byliśmy zawsze daleko od siebie (śmiech). Biorąc jednak pod uwagę liczbę tych wspólnych występów, uważam, że współpracowaliśmy bardzo dobrze. Uzupełnialiśmy się. Większość bramek strzeliłem właśnie po podaniach Łukasza. Może mieliśmy mocne charaktery, ale to funkcjonowało. Obecnie, gdy się spotkamy, zawsze jest czas, żeby zamienić kilka słów i powspominać. Łukasz nadal gra na niezłym poziomie, a myślę nawet, że poradziłby sobie jeszcze wyżej.
Oprócz Łukasza Grzeszczyka grałeś także z wieloma innymi zawodnikami. Utrzymujesz obecnie z nimi kontakt?
Tak, wielu jest takich piłkarzy. Dziś (9 maja – przyp.) rozmawiałem na przykład z Konradem Jałochą, który obchodzi 34. urodziny. Tych wspólnych lat w Tychach trochę się nazbierało. Zawsze byliśmy razem w pokoju, więc sentyment pozostał. To taka wartość w piłce, na którą często nie zwraca się uwagi, ale dużo się z niej wynosi. Przyjaźnie i znajomości pozostają na zawsze. Teraz to doceniam.
Najlepsze statystyki notowałeś pod wodzą Ryszarda Tarasiewicza. To taki trener, który miał największy wpływ na twoją karierę?
Trudno stwierdzić, ponieważ za trenera Tarasiewicza byłem już w miarę ukształtowanym zawodnikiem. Miałem około 27 lat. Czułem jednak od niego zaufanie i zdecydowanie dużo mi dał. Sporadycznie zdarza nam się wymienić kilka wiadomości. Przez całą karierę pracowałem z wieloma szkoleniowcami, ale Ryszard Tarasiewicz pomógł mi się rozwinąć. Myślę, że jest w pierwszej trójce, jeśli chodzi o trenerów, którzy mieli największy wpływ na moją przygodę z piłką.
To kto jeszcze jest w tej trójce?
Na pewno trener Nawałka. Dał mi szansę – którą wykorzystałem mniej lub bardziej – wypłynięcia na szersze wody i posmakowania futbolu na tym najwyższym poziomie. Trzecia osoba? Tutaj nie zdecyduję. Na tej pozycji umieszczę całą resztę szkoleniowców, z którymi miałem okazję pracować.
Trochę tych twoich bramek dla GKS-u również się nazbierało. Która najbardziej zapadła ci w pamięć?
Myślę, że ta z Górnikiem za trenera Kieresia, od razu po naszym awansie do pierwszej ligi. Padła w ostatniej akcji meczu, a przecież kilka miesięcy wcześniej byłem jeszcze zawodnikiem Górnika. Znałem osobiście wszystkich tych piłkarzy. Była to zwycięska bramka przy pełnym stadionie. Niesamowite uczucie.
A pamiętasz swój debiut w Tychach?
Tak, było to spotkanie ze Źródłem Kromołów. Wygraliśmy wysoko – chyba 5:1. O ile się nie mylę, jedną z bramek strzelił wtedy Łukasz Kopczyk, i to po strzale z własnej połowy. To była czwarta liga, jeszcze przed reorganizacją. Miałem trochę szczęścia, że trafiłem do zespołu, który walczył o awans, bo to tylko napędziło moją dalszą przygodę.
Z GKS-em świętowałeś trzy awanse.
I trudno je porównywać. Gdy wywalczyliśmy pierwszy, byłem jeszcze dzieciakiem, przynajmniej w porównaniu do chłopaków będących w szatni – Łukasza Kopczyka, Krzyśka Bizackiego czy Jarka Zadylaka, z którymi pomimo tej różnicy wieku nadal mamy wspólne tematy. Drugi awans, za trenera Mandrysza, był dużym wyzwaniem. Przychodziłem wówczas po kontuzji i mnóstwo wątpliwości pojawiało się w mojej głowie. Na początku nie grałem regularnie, ale potem wywalczyłem skład i swoją cegiełkę dołożyłem. Bardzo dobrze wspominam ten okres. Trzeci awans był podobny – powrót do domu po kontuzji. On był chyba najbardziej obciążający psychicznie. Walczyliśmy tam do końca. Dodatkowo dzień po wygranym meczu ze Stalą Mielec miałem ślub. To był szalony i najważniejszy weekend w moim życiu.
Wspomniałeś o tych kontuzjach. Pod tym względem zdecydowanie nie miałeś łatwo. Jak trudno było wracać po kolejnych urazach?
Myślę, że jest to wkalkulowane w życie piłkarza. Kontuzje niewątpliwie miały wpływ na moją drogę – to tak jeszcze odnosząc się do tego pytania, czy jestem spełnionym piłkarzem. Jeśli pytasz o powroty, jest to element sportu i życia. Kontuzje – w porównaniu do innych rzeczy – nie są najgorszym, co może się człowiekowi przytrafić. To ukształtowało w pewien sposób mój charakter. Nie może chyba nazywać się prawdziwym piłkarzem ten, który nie miał jakiegoś poważniejszego urazu. Doceniam, że miałem wtedy wokół siebie ludzi, którzy mi pomogli.
Obstawiam, że do dziś regularnie śledzisz mecze GKS-u. Patrząc na obecną drużynę, widzisz takiego zawodnika, który w jakimś stopniu przypominałby ciebie swoim stylem gry?
Nie miałem zbyt wielu okazji, żeby zagrać na pozycji wahadłowego, bo ten styl nie był wtedy jeszcze tak popularny, ale najmocniej ściskam kciuki za Krzyśka Machowskiego i Dominika Połapa. Myślę, że mamy wiele wspólnego – może nawet nie tyle pod względem boiskowych cech, co historii. Krzysiek wraca teraz przecież po poważnej kontuzji. Liczę, że już niedługo pomoże zespołowi.
To dziś byłbyś pełnoprawnym wahadłowym, bo grałeś zarówno na boku obrony, jak i na skrzydle.
Chyba tak (śmiech). Zazdroszczę wszystkim chłopakom, że mogą zagrać w tak ważnych meczach. Uważam, że za kilka lat naprawdę będą to doceniać.















