Prince Matore spędził w Polsce nieco ponad trzy lata. Zimbabwejczyk przyleciał do Europy w 1995 roku i przez dwa sezony reprezentował barwy Sokoła Tychy. Choć od jego powrotu do Afryki minęło przeszło dwadzieścia lat, Prince niespodziewanie dobrze pamięta swoją polską przygodę. Dlaczego nie miał problemu ze skinheadami? Jak spędzał czas wolny w Polsce? Czym przed spotkaniem z Legią rozśmieszył całą szatnie? Na te pytania odpowie poniższa rozmowa.
Prince Matore był jednym z zawodników należących do afrykańskiego zaciągu lat dziewięćdziesiątych. Zimbabwejczyków sprowadzał wtedy właściciel tamtejszego DT Africa United – Wiesław Grabowski. Transfer do Polski oznaczał dla tych chłopaków możliwość zademonstrowania swoich umiejętności przed klubami z Europy i często rozpoczynał ich przygodę życia.

Nie mogę powstrzymać się od przywitania się po polsku. Dzień dobry!
Dzień dobry, dzień dobry! (śmiech)
Nie mogę pominąć też tematu polskich słów. Pamiętasz ciągle jakieś?
Znam ich pełno. Kiedy rozmawiałem z panem Grabowskim, porozumiewaliśmy się praktycznie tylko po polsku. Nie mogłem zapomnieć języka. Był też ciekawy moment, kiedy graliśmy w Sokole z Moussą Yahayą. Mimo że oboje byliśmy z Afryki, rozmawiać musieliśmy ze sobą po polsku, bo Moussa mówił po francusku, a ja po angielsku.
Jak udało ci się nauczyć polskiego tak szybko?
Codziennie rozmawiałem po polsku, chociaż języka nikt tak naprawdę nigdy mnie nie uczył. Zacząłem komunikować się w języku polskim dzięki oglądaniu telewizji. Polsat, TVP, TVN – ciągle pamiętam nazwy tych stacji. Bardzo dużo dawało mi słuchanie języka i oglądanie polskich programów z angielskimi napisami.
Trafiłeś do Polski w 1995 roku. Co wtedy oznaczało dla ciebie opuszczenie Afryki? Miałeś zaledwie 20 lat.
To było coś niesamowitego! Inny świat. Przyleciałem do Polski w styczniu, kiedy w Zimbabwe temperatura wynosiła trzydzieści trzy stopnie. Wysiadłem z samolotu i nagle znalazłem się w miejscu, w którym coś dziwnego spadało z nieba. To był mój pierwszy kontakt ze śniegiem w życiu. Kiedy przyjechałem do Radomia, gdzie rozgrywałem swoją pierwszą rundę w Polsce, wszystko było dla mnie inne. Dosłownie każda rzecz różniła się od realiów życia w Afryce.
Co na twój wylot do Polski mówiła rodzina? Obawiali się, czy może cieszyli, że masz okazję spełniać marzenia?
Cieszyli się i życzyli mi powodzenia. Wiedzieli, że jadę spełniać swoje marzenia. Martwili się może trochę, czy odnajdę się w kompletnie nieznanym dotąd miejscu. Początkowo nie wiedzieli, czy będę w Polsce bezpieczny. Nie miałem jednak problemu z przekonaniem ich, że Europa to naprawdę spokojne miejsce. Poza tym miałem w kontrakcie zapis, w którym klub zobowiązał się kupować mi bilety samolotowe do Zimbabwe i z powrotem. Odwiedzałem więc rodzinę podczas każdej przerwy w rozgrywkach.
Czy mógłbyś przybliżyć jak znalazłeś się w polskiej lidze?
Właścicielem jednej z zimbabwejskich drużyn był Wiesław Grabowski, który ściągał najbardziej utalentowanych piłkarzy z Afryki do Polski. Jeżeli tylko któryś z zawodników wpadł mu w oko, on rozmawiał z nim i przekonywał do gry w Europie. Dla nas, chłopaków z Afryki była to wielka szansa.
Pamiętasz swoją pierwszą rozmowę z panem Grabowskim?
Było to po jednym z meczów, w którym zostałem wybrany zawodnikiem spotkania. Skontaktował się ze mną i powiedział, że chce zabrać mnie do Europy. W pierwszej chwili w ogóle nie brałem jego słów na poważnie. Porozmawialiśmy jednak dłużej, wytłumaczył mi całą sytuację i sprawy potoczyły się dalej.
Oferowali ci dużą pensję jak na tamte czasy? Musiałeś jakoś dorabiać, czy gra w piłkę całkowicie wystarczała na zarobienie dobrych pieniędzy?
Nie zarabiałem w Polsce bajecznych kwot, chociaż pensja była dwa albo nawet trzy razy większa niż w Zimbabwe. Miałem profesjonalny kontrakt. Granie w piłkę całkowicie pozwalało mi się utrzymać. Mieszkanie opłacał klub, to wiele dawało. Teraz futbol jest przepłacony i domyślam się, że obecne stawki piłkarzy w Ekstraklasie są dużo większe niż wtedy.
Pamiętasz może na co wydałeś swoją pierwszą wypłatę w Polsce?
Niestety nie pamiętam. Za to mogę pochwalić się, że za oszczędności, które uzbierałem grając w Polsce, udało mi się kupić całkowicie nowy dom w Zimbabwe dla mojej rodziny. Trochę pieniędzy udało mi się więc zarobić.
Czego spodziewałeś się przed przylotem do Polski? Rzeczywistość zweryfikowała twoje oczekiwania?
Nie spodziewałem, że wszyscy moi koledzy z szatni tak dobrze mnie przyjmą! Byli bardzo mili i przyjaźnie nastawieni, więc łatwo było mi się zaaklimatyzować.

Czułeś się w Polsce bezpiecznie, czy miałeś jakieś nieprzyjemne sytuacje?
Mój pobyt w Polsce spotkał się w czasie z dużą popularnością subkultur młodzieżowych. Po ulicach chodziło pełno skinheadów, którzy nie tolerowali obcokrajowców. Do mnie wszyscy byli jednak nastawieni pozytywnie! Nie było nawet jednego dnia, w którym groziło mi pobicie, czy kradzież. Mogłem poruszać się po całym mieście sam, bez żadnego problemu. Moi afrykańscy przyjaciele, którzy studiowali w Krakowie, cały czas opowiadali o swoich problemach związanych ze skinheadami. Nie umiałem im uwierzyć!
Jak to się stało, że ty unikałeś takich problemów?
Ciężko mi powiedzieć, ale być może ze względu na mój pierwszy mecz, który graliśmy w Gdańsku. Napastnikiem Lechii był Emmanuel Tetteh z Ghany, groźny zawodnik. Odpowiadałem wtedy za jego krycie. Mecz skończył się remisem 0:0, a ja całkowicie odciąłem Tetteha od gry. Całe spotkanie pokazywano w Canal+. Następny mecz graliśmy już w Tychach, a wszyscy kibice skandowali moje imię. Myślę, że od początku przypadliśmy sobie do gustu.
Poza tym ja zawsze akceptowałem każdego i do wszystkich ludzi byłem świetnie nastawiony. W zamian otrzymywałem to samo. Myślę, że mój charakter i otwartość bardzo mi pomogły. Czasem wystarczyło po prostu odezwać się po polsku, powiedzieć kilka najprostszych słów. „Zupa, ognisko, kiełbasa.” - działało jak zaklęcie. Na twarzach Polaków natychmiast pojawiał się uśmiech.
Miałeś w Polsce dużo znajomych spoza klubu?
Miałem dużo znajomych na mieście – w restauracjach, czy w sklepach. Moi sąsiedzi byli wspaniali i bardzo mnie lubili. Świetnie wspominam Polaków.
Odwiedziłeś kiedyś jeszcze Polskę po twoim powrocie do Afryki?
Po powrocie grałem profesjonalnie w Zimbabwe, a potem zostałem trenerem. Byłem zbyt zajęty obowiązkami, ale staram się na bieżąco czytać o Polsce. Widziałem nawet zdjęcia nowego stadionu w Tychach. Jest świetny. Może kiedy mój terminarz nie będzie tak napięty, wybiorę się pewnego dnia do Polski i będziemy mogli porozmawiać na żywo. Odwiedzę Tychy, Częstochowę, Radom i przypomnę polskim kibicom swoją osobę. Myślisz, że ktoś w Polsce jeszcze o mnie pamięta?
Myślę, że na pewno jest tu spore grono osób, które pamięta o tobie.
To brzmi świetnie. Ach, Tychy to było moje miasto! Świetnie się tam czułem.
Miałeś jakieś swoje ulubione miejsce w Tychach?
Prawie wszystkie obiady jadłem w restauracji Józefinka. Pamiętam, że przy wejściu przyczepiona była duża tabliczka reklamowa papierosów marki Prince. Wydaje mi się, że mam nawet w domu swoje zdjęcie z Józefinki.

I co najbardziej lubiłeś jeść w Polsce?
Bardzo smakowała mi kiełbasa z ogniska, na które latem chodziliśmy w Polsce bardzo często. To było coś pięknego. Możesz dać mi tę kiełbasę w każdym momencie. Ona zawsze będzie mi smakować. W restauracji jadałem najczęściej schabowego, tatar, zupę ogórkową, czy nawet ten wasz rosół. Jedzenie w Polsce było pyszne!
Pamiętasz gdzie mieszkałeś?
Mieszkałem niedaleko miejsca, które wydaje mi się, że Polacy nazywali „dworzec”, blisko stacji kolejowej. Nie mogę przypomnieć sobie dokładnej nazwy ulicy. Może coś na „B”?
Często ruszałeś się z Tychów?
Cały czas. W czasie wolnym bardzo dużo jeździłem do pobliskich miast. Byłem wiele razy w Katowicach, Częstochowie, Żywcu.
I które miejsce w Polsce zrobiło na tobie największe wrażenie?
Malbork – to miasto na północy, w pobliżu Gdyni i Gdańska. Historyczne miejsce, które mi się bardzo spodobało. Dobrze czułem się też we wszystkich większych polskich miastach. Wiele razy bywałem w Warszawie i Krakowie ze znajomymi. Czasami też ruszaliśmy się do Wrocławia i Łodzi. W Polsce nie było miejsca na nudę. Ciągle chodziliśmy ze znajomymi do kina na polskie filmy, robiliśmy ogniska.
Często bywałeś w klubach?
Raz na jakiś czas ze względu na dobrą zabawę i muzykę. Do grania w Polsce podchodziłem bardzo profesjonalnie. Moi znajomi mieli takie hasło, którym zawsze sobie ze mnie żartowali: „nie pije, nie pali, ale wali”. (śmiech)
Nie wmówisz mi, że ani razu się nie napiłeś.
Piłem jedynie kilka razy, kiedy sytuacja była naprawdę wyjątkowa. Na przykład na ślubie Krzyśka Bizackiego albo na imprezach z okazji zakończenia sezonu. Chłopaki zawsze namawiali mnie tekstami w stylu „tylko jeden, tylko jeden!”. Czasami po prostu nie dało się odmówić. Wódka kompletnie mi nie smakowała, ale dla dobrego wieczoru z kumplami dobrze było się poświęcić. (śmiech)
A spotykałeś się z kimś w Polsce?
Tak! To już stara historia, ale spotykałem się z dziewczyną o imieniu Ania, kiedy mieszkałem w Tychach. Teraz ma już rodzinę, ale czasem ciągle wymienimy parę wiadomości na relacji czysto przyjacielskiej.
Miałeś jakiegoś najlepszego kumpla w szatni Sokoła?
W Tychach wszyscy byli moimi przyjaciółmi. Spędzałem czas z wieloma kolegami i cała szatnia zawsze świetnie mnie traktowała. Jeśli miałbym wskazać jakiegoś najlepszego kolegę, to byłby to Tomek Kiełbowicz, ale to już za czasów gry w Rakowie. Miałem też fajny kontakt z Bogdanem Pikutą, to był dobry chłopak. Wymieniłem tę dwójkę, ale w Rakowie też żyliśmy jak rodzina. W okresie wielkanocnym chodziliśmy nawet na nabożeństwa na Jasną Górę.
Może masz w głowie jakieś ciekawe historie z polskich szatni?
Tego było tak dużo! Pewnego razu przed meczem z Legią chłopaki byli trochę spięci - jak to przed spotkaniami z Legią. Wszedłem wtedy do szatni i zacząłem śpiewać po polsku znaną na cały kraj przyśpiewkę, która obraża Legię. Chłopaki z drużyny nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Swoją drogą, kiedy Jurek Dudek przychodził do Sokoła, ja już dobrze radziłem sobie w mówieniu po polsku, a on ciągle powtarzał, że muszę nauczyć go angielskiego.
Jak wspominasz Jerzego Dudka? Już wtedy czułeś, że zostanie światowej sławy bramkarzem?
Kiedy odszedł z klubu nasz kontakt całkowicie się urwał, ale oglądałem wszystkie jego mecze w Premier League. Był bardzo dobrym piłkarzem. Wszyscy w klubie widzieli, że ma ogromny potencjał. Pamiętam, że gdy miewał gorsze momenty, ja powtarzałem, że Jurek to świetny piłkarz i potrzebuje jedynie czasu. Kiedy pojechaliśmy na obóz przygotowawczy do Rotterdamu Jurek zrobił duże wrażenie na Holendrach. Wyszło, że trafił właśnie do Feyenoordu.
Dlaczego w takim razie Feyenoord nie wziął ciebie?
Ah, ciężko powiedzieć. Myślę, że dużą rolę przy transferze Jurka odegrali też agenci i tego typu sprawy.
Rozumiem. Pozwól jednak, że przejdę teraz do cięższego tematu. Lata dziewięćdziesiąte były w Polsce nazywane czasami „zielonego stolika”. Było tu dużo korupcji. Sam na pewno odczułeś problemy finansowe Sokoła. Jak ty do tego podchodziłeś?
Dla mnie największą pasją było granie. Inni zawodnicy decydowali się protestować, a ja zawsze byłem chętny do wyjścia na boisko. Klub ciągle wisiał mi dość dużo pieniędzy, nawet po powrocie do Zimbabwe. Tylko, że ja do spraw finansowych nigdy nie przywiązywałem największej wagi. Nie zależało mi na grzebaniu w ranach.
Jak wspominasz swój koniec z polską piłką?
Po odejściu z Sokoła wróciłem na niedługi czas do Afryki i dostałem ofertę z Rakowa. Zagrałem w Częstochowie jeden sezon i klub spadł niestety z ligi. Grabowski znalazł dla mnie kolejną drużynę w Polsce, ale w tym samym czasie odezwał się do mnie zimbabweński Motor Action. Zaproponowali mi bardzo podobne pieniądze do tych, które zarabiałem w Polsce i zdecydowałem się wrócić.

Potrafisz wskazać największy plus i największy minus twojej przygody w Polsce?
Największym plusem była możliwość gry z wielkimi drużynami jak Widzew, czy Legia. Wtedy grali tam naprawdę dobrzy piłkarze. Najgorsze były za to ostatnie dni w Tychach. Klub nie płacił nam wynagrodzeń, a to wiązało się z dużą ilością nieprzyjemnych i stresujących sytuacji.
Dlaczego nie zagrałeś w lepszej lidze? W Polsce uznawano cię za solidnego zawodnika.
Czasy bardzo się zmieniły. Kiedyś pełno było dobrych polskich zawodników, którzy grali w kraju. Nie było tak łatwo dostać się zagranicę. Nawet najlepsi Polacy grali najczęściej w topowych polskich klubach, jak Legia czy Widzew. Obecnie wystarcza, że piłkarz zagra jeden dobry sezon albo jest obiecujący, a od razu interesuje się nim reszta Europy. W latach dziewięćdziesiątych funkcjonowały dużo ściślejsze limity. Teraz kluby grają nawet ośmioma obcokrajowcami w pierwszym składzie. Wtedy było to niemożliwe. Samo otrzymanie wizy nie należało do najprostszych rzeczy.
Zdobyłeś jakieś trofea kontynuując karierę w Zimbabwe?
Nigdy nie wygrałem mistrzostwa, ale dwa razy zdobyliśmy krajowy puchar. Byłem kapitanem drużyny od momentu powrotu z Europy, aż do zakończenia kariery. Myślę, że większe osiągnięcia mam w tutejszej piłce jako trener. Razem z Joey’em Antipasem przekształciliśmy klub z ligowego średniaka w jedną z najmocniejszych drużyn w kraju i zdobyliśmy dwa mistrzostwa.

Myślisz, że polski zawodnik poradziliby sobie w lidze zimbabwejskiej?
Musiałby to być zawodnik z silnym charakterem. Nie chodzi tu o umiejętności piłkarskie, ale o przystosowanie się do życia w Afryce. Są rzeczy, które w Europie wydają się być proste, a tutaj przychodzą z trudem.
Więc życie w Zimbabwe jest cięższe niż w Polsce?
Nie mogę potwierdzić, ani zaprzeczyć. W sumie sprawa wygląda jak w Polsce. Jeśli nie masz wystarczająco środków do życia, to niezależnie od tego, czy żyjesz w Polsce, czy w Zimbabwe, będzie ci ciężko. W drugą stronę działa to tak samo. Jeżeli masz odpowiednie dochody, to i w Polsce, i w Zimbabwe można żyć na wysokim standardzie.
Czasem mam wrażenie, że gdy Europejczyk słyszy słowo „Afryka”, na myśl przychodzi mu życie w buszu albo na kompletnej pustyni. Tak jednak nie jest. Pewnie, w Afryce ciągle są miejsca nieprzystosowane do życia, ale znajdują się one daleko od miast. Gdybyś tu przyjechał, zobaczyłbyś, że różnica między rozwiniętymi miejscami w Afryce, a Europą nie jest wcale taka duża. Mamy wiele pięknych miejsc w Zimbabwe takich jak Wodospady Wiktorii. Jeżeli pytasz co jest największą zaletą Zimbabwe, jest nią zdecydowanie natura. Mamy tutaj wiele piękne krajobrazy.
Gdybyś dostał teraz ofertę prowadzenia klubu z Polski, przyjąłbyś ją?
Poszedłbym na to. Chciałbym sprawdzić swoje umiejętności trenerskie na tle europejskiej piłki. Trenowanie w Europie byłoby też okazją do pokazania moim dzieciom kawałek innego świata. Dużo opowiadałem im o moich podróżach i życiu w Europie.

Jakie jest twoje największe marzenie, które chciałbyś jeszcze spełnić?
Moim największym marzeniem jest kształtowanie piłkarzy, którzy będą rozumieli grę. Fajnie byłoby, gdyby kiedyś w GKS Tychy zagrał zawodnik wykreowany przeze mnie. Chciałbym, żeby ktoś w Polsce powiedział kiedyś: „Tego gracza stworzył Prince Matore”. To jest chyba moje największe sportowe marzenie.















