OFICJALNA STRONA KLUBU PIŁKARSKIEGO GKS TYCHY
BETCLIC 1 LIGA

Skazany na Pasy - Sebastian Steblecki

2020-03-16
Krzysztof Trzosek
Łukasz Sobala / www.pressimages.pl

Kto w Cracovii potrafił wszystko załatwić, kogo spotkał na swojej drodze, o znajomości z Krzysztofem Piątkiem, reprezentowaniu "Pasów" i kontynuowaniu rodzinnych tradycji, porozmawialiśmy z pomocnikiem GKS Tychy, Sebastianem Stebleckim.

Na „Pasy” byłeś praktycznie skazany. Twój Tata grał w hokejowej sekcji Cracovii i jest bez wątpienia legendą tego klubu. Kiedy wchodziłeś do Ekstraklasy, byłeś znany przede wszystkim jako syn hokeisty. Po kilku latach, to się zmieniło?

Mój tata jest legendą i bardzo zasłużoną osobą dla Cracovii. Osiągnął bardzo wiele i wszyscy w Krakowie o tym pamiętają. Ja również miałem okazję być częścią klubu. Byłem tam od trampkarzy, po juniorów, grupy młodzieżowe i aż  znalazłem się w pierwszym zespole. Mam na koncie ponad 100 oficjalnych spotkań. Brałem udział w awansie, grałem przez kilka sezonów w Ekstraklasie, więc na pewno trochę zaznaczyłem się w historii Cracovii. Nazwisko cały czas jest kojarzone z Cracovią, bo kontynuowałem tradycje rodzinne.

W sezonie 2011/12 zadebiutowałeś w Ekstraklasie. Do 2014 roku byłeś w Cracovii. Później wyjechałeś do Holandii, wróciłeś do Górnika Zabrze i ponownie trafiłeś na stadion przy ul. Kałuży. Który okres był dla Ciebie lepszy?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze czułem wielką radość i dumę, że mogłem reprezentować klub. Od dziecka Cracovia była w moim sercu. Chodziłem na spotkania i oglądałem hokej czy piłkę. Biało-czerwone pasy cały czas widniały przed moimi oczami. Kiedy miałem okazję reprezentować klub, to bardzo się cieszyłem. To było najistotniejsze. To były dla mnie dwa zupełnie inne okresy.  W pierwszym podejściu byłem młodym piłkarzem i dopiero wchodziłem do zespołu. Później był awans i regularna gra w Ekstraklasie, która pozwoliła mi wyjechać za granicę. Powrót był ciężki, bo mniej grałem, ale później łapałem minuty. Był moment, że nawet broniliśmy się przed spadkiem i moje bramki pod koniec sezonu pomogły i w jakimś stopniu uratowały nas przed degradacją. Myślałem wtedy, że jestem na najlepszej drodze, żeby zapisać się na stałe w historii klubu, ale życie bardzo szybko zweryfikowało moje plany.

Doznałeś bardzo ciężkiej kontuzji pęknięcia kości śródstopia. To oznaczało przerwę na około trzy miesiące. Zmienił się również trener. Miejsce Jacka Zielińskiego zajął Michał Probierz i swojej szansy już nie otrzymałeś.

Po wyleczeniu kontuzji wróciłem do pełnych treningów. Dostałem 20 minut z Jagiellonią Białystok i to była jedyna szansa jaką dostałem do końca rundy. Ostatni mecz w Cracovii rozegrałem przeciwko Piastowi Gliwice, kiedy wszedłem z ławki na dwie minuty, bez kontaktu z piłką.

Cały czas masz kontakt z piłkarzem, o którym mówiła cała Europa. W Cracovii grałeś za plecami Krzysztofa Piątka, z którym dzieliłeś nawet pokój na zgrupowaniach. Kiedy oglądałeś Serie A czy teraz Bundesligę, to myślisz sobie, że jeszcze trzy lata temu asystowałeś przy jego bramkach?

Fajnie sobie tak pomyśleć, ale z drugiej strony zastanawiam się, że graliśmy na podobnym poziomie, a teraz jest taki rozstrzał między nami. Ja z Krzyśkiem mam cały czas dobry kontakt. Wiadomo, że on żyje trochę innym życiem, ale dzwonimy do siebie. Byłem na jego ślubie i odwiedziłem go również w Mediolanie. Miałem okazję być na meczu. Bardzo fajne jest to, że jest na poziomie klasy światowej, ale cały czas zachowuje się jak normalny chłopak. Nie napisał mi „Stebel, jesteś 3-4 półki niżej w hierarchii piłkarskiej, to ja już z Tobą się nie zadaję”. Teraz ma trochę trudniejszy okres, ale musi walczyć.

W szatni nie brakowało wtedy ciekawych nazwisk. Piątek, Brzyski, Cetnarski, Budziński czy Kapustka. Nie narzekaliście raczej na brak nudy.

Na przestrzeni kilku lat w Cracovii miałem okazję poznać naprawdę fajnych ludzi. To była różnorodność. W Cracovii naprawdę było ciekawie pod tym względem. Każdy z tych gości miał w sobie coś unikatowego. Marcin Budziński, to człowiek orkiestra. Kręcił filmy, gra na różnych instrumentach i ma dużą zajawkę na tym punkcie. Trochę tego żałuję, bo niejednokrotnie prosił mnie, żebyśmy wspólnie nakręcili jakiś film. Z reguły piłkarze byli aktorami w tych produkcjach. Było wesoło i naprawdę super rzeczy powstawały. Mateusz Cetnarski, to kolejna barwna postać. Jest bardzo wkręcony w muzykę. Jeśli potrzebowałeś bilet na koncert, to najpierw dzwoniłeś do „Cetnara”. On naprawdę zna wiele osób z tego środowiska. Dzięki niemu poznałem O.S.T.R., Agnieszkę Chylińską czy Quebonafide. To byli naprawdę super koledzy, którzy dawali jakość na boisku, ale też tworzyli świetną atmosferę.

Udostępnij materiał: